Książka czy film? Rozważania nad trudną przyjaźnią...

Związki literatury i filmu wielokrotnie były przedmiotem rozważań i dyskusji przedstawicieli obu dyscyplin. Chciałabym zatrzymać się nad wzajemnymi interakcjami tych dwu różnych, lecz jakże bliskich sobie dziedzin sztuki. To, czy film i literatura są sztukami autonomicznymi, czy też wzajemnie na siebie oddziałują i czy jedna wobec drugiej pełni rolę nadrzędną, jest kwestią sporną od dawna. Szczęśliwie się składa, że płaszczyzna bibliotekarza, zapalonego czytelnika i amatora kina szczególnie sprzyja moim obserwacjom i rozważaniom zagadnienia bardzo mi bliskiego.

Między ludzi

Dawno i bezpowrotnie minęły czasy, gdy księgi opatrywano w łańcuchy lub wymieniano na co najmniej dwie wsie. Za pomocą swoich ruchomych czcionek Gutenberg zdołał w niedługim czasie odebrać duchowieństwu i bogatej arystokracji wyłączność na przywilej czytania. Z niedostępnego piedestału zdjął książkę dopiero wiek XIX, kiedy szmaty, z których wytwarzano drogi i wytrwały papier, zastąpiono pulpą drzewną. Książki masowo zawędrowały pod strzechy. Aż do XX w. czytano je powszechnie i z wielkim namaszczeniem. Wydaje się, że już nigdy nie wrócą czasy, w których pisarz stawał się „sumieniem narodu", wyrocznią, autorytetem i jedną z głównych figur w kraju. Pogódźmy się z faktem, że nigdy już książka nie odzyska blasku, jakim błyszczała dawniej, kiedy traktowano ją jako rodzaj testamentu, ogólnoludzkiego przesłania, jako zbiór wartości uniwersalnych – jako świadectwo wyżyn, na jakie wspiąć się może genialny ludzki mózg.

Nie tylko słowem...

czowiekjakozapisanaWiek XIX darzył słowo pisane wielkim zaufaniem, dzisiaj żyjemy w epoce obrazu, a nasze społeczeństwo określa się nawet społecznością kciuka. Coraz częściej sposoby komunikowania się ograniczamy do pisania SMS-ów czy krótkich informacji przekazywanych przez komunikatory internetowe. Kciuki wyrabiają sobie nowe miejsce w ludzkich mózgach. W ubiegłych stuleciach literatura była sztuką niepotrzebującą dodatkowych uzasadnień dla swojej wysokiej pozycji, wszak nie miała żadnej konkurencji. Nie samym jednak słowem żyje człowiek i na horyzoncie kultury pojawił się na początku XX w. nowy odbiorca. Miał on już zupełnie odmienne potrzeby i oczekiwania w porównaniu z tradycyjną publicznością literacką XIX w. Był nim bywalec salonów z widowiskami optycznymi i kinematografem. Na scenę kulturalnych dyscyplin dziarskim krokiem wkroczył film.

Pierwsze niewinne eksperymenty braci Lumière nie miały z literaturą zgoła nic wspólnego, a ich autorzy nie przeczuwali jeszcze niesamowitej kariery, jaka stanie się udziałem kina. W 1895 r. pokazali w Paryżu kilka krótkich projekcji filmowych... i nic już nie było takie samo. Podobno podczas wyświetlania filmu Wjazd pociągu na stację w La Ciotat publiczność uciekała z widowni i chowała się pod krzesła w obawie przed rozjechaniem przez lokomotywę. Prawda czy nie – z pewnością wielkim szokiem dla ludzkiego mózgu było wówczas zrozumienie, że to tylko iluzja. Chociaż było to kino jeszcze zupełnie nieme, bez konkretnej fabuły i nudne z dzisiejszego punktu widzenia – ludzie oszaleli na punkcie ruchomego obrazu.

Rywalizacja czy symbioza?

Fenomenem relacji książka – film zajmowano się wielokrotnie i z różnym efektem. W obszarze tej problematyki ściera się wciąż ze sobą tyle opinii, że nie sposób ustalić jednoznacznej.

Panuje pogląd, że film jest swoistą filią literatury, o mniejszych jednak możliwościach ekspresyjnych i znaczeniowych. W ostatnim czasie zaczął kształtować się pogląd odmienny, funkcjonujący równolegle, że film zmieniając radykalnie rolę literatury, zdominował ją i uczynił sztuką „przyfilmową". W panoramie myśli filmowej nie brak także teorii o równoległym, analogicznym rozwoju obu sztuk [1]. Niezwykle trudno jednak dowieść prawdziwości każdego z tych twierdzeń. Tak to już jest ze sztuką. Jest ona odbierana bardzo indywidualnie przez każdą jednostkę ludzką i nie powinna podlegać dyskusjom. A może właśnie powinna? I znowu każdy może wybrać własne przeznaczenie dla sztuki. Nie zamierzam bronić czy obalać żadnej z powyższych tez, a jedynie przyjrzeć się im bliżej jako praktykujący bibliotekarz i aktywny uczestnik klubu filmowego.

Filmowcy bardzo wcześnie zainteresowali się możliwościami, jakie dawało im sfilmowanie znanych dzieł literackich. Z chwilą, gdy pojawił się pierwszy reżyser – wizjoner, możliwość przymierza filmu i literatury zaczęła być traktowana coraz poważniej. Jakość pierwszych prób była wówczas oczywiście ograniczona przez skromne możliwości techniczne tamtych czasów. W 1902 r. Georges Melies sięgnął po powieść czarodzieja literatury francuskiej, Juliusza Verne'a. Podróż na księżyc okazała się wielkim sukcesem komercyjnym – adaptacją uznaną przez fachowców za arcydzieło. Film nie był wierną ekranizacją powieści, lecz swobodną wizją reżysera, pełną efektownych wówczas trików i niewiarygodnych epizodów. Melies wyczuł intuicyjnie, że widzowie (przynajmniej na początku) zadowolą się przedstawieniem rzeczywistości podobnej do fantastycznego snu i śmiałego marzenia. Czegoś, co do tej pory można było zobaczyć jedynie oczami wyobraźni. Ponadto był pewien (zupełnie trafnie), że nazwisko popularnego autora przyciągnie uwagę widzów [2].

W ciągu pierwszego trzydziestolecia działania kinematografia dawała pisarzom stosunkowo niewiele, a adaptacje z epoki kina niemego budzą dziś mieszane uczucia. W większości przypadków traktuje się je jako ciekawostkę wydobytą z lamusa. Praktycznie w całym okresie swego istnienia nieme kino nie nadążało za literaturą. Uproszczony, często teatralny gest nie przekazywał skomplikowanych i głębokich stanów wewnętrznych. Napisy na ekranie (zazwyczaj dalekie od dialogów) nie były w stanie wyrażać prawdziwych uczuć.

Któż mógł wówczas przypuszczać, że już niedługo kino zacznie rywalizować z literaturą, że znajdą się widzowie przekonani o wyższości projekcji nad lekturą, gotowi wyrabiać sobie pogląd na dzieła Szekspira czy Tołstoja wyłącznie na podstawie adaptacji filmowych? [3]

Pod koniec lat 20. XX w. kino ewoluuje coraz szybciej. Dynamicznie rozwija się język filmu, rośnie jego produkcja i liczba widzów. Wkrótce filmy stają się dłuższe, a język wypowiedzi bardziej skomplikowany, pojawia się dźwięk. Mało ambitnej produkcji o wyłącznie rozrywkowym charakterze towarzyszy kino artystyczne, awangardowe i eksperymentalne. Mniej ekscentryczne były popularne ekranizacje znanych pisarzy (Mann, Remarque, Lagerlöff).

Nie ulega wątpliwości, że twórcy filmowi uczyli się od literatury sztuki narracji, sposobów budowy utworu, korzystali z jej osiągnięć i technik, nieśmiertelnych bohaterów. Poza tym od początku swojego istnienia film przeszedł te same fazy rozwoju, przez które w ciągu swoich dziejów przechodziła także literatura [4].

Dziś, na początku XXI w. film dysponuje fantastycznymi instrumentami nowoczesnej techniki. Może pokazywać niemal wszystko. Przeszłość, przyszłość, światy alternatywne.

Wszyscy się chyba zgodzą z twierdzeniem, że adaptacja głośnej powieści to już połowa sukcesu. Jest gwarancją frekwencji, której nie zapewni nazwisko najbardziej rozchwytywanego scenarzysty. Współcześnie adaptacje literatury stały się zjawiskiem powszechnym i co ciekawe, wzbudzają żywe, autentyczne spory, często o szerokim rezonansie społecznym.

Warto w tym momencie zwrócić uwagę i wyjaśnić kwestię, która często przysparza wiele wątpliwości, a jest nią różnica pomiędzy adaptacją i ekranizacją dzieła literackiego. W najprostszym ujęciu adaptacja jest z reguły twórcza, ukazuje w filmie przede wszystkim interpretację utworu literackiego scenarzysty i reżysera. Pokazuje ich własny sposób widzenia świata i problemów, które mogą się znacznie różnić od poglądów pisarza, a nawet zmieniać wymowę moralną czy filozoficzną. Zdarza się nierzadko, że trudno jest na podstawie adaptacji filmowej wyrobić sobie pogląd na temat utworu inspirującego. Ekranizacja oznacza natomiast zamierzone, absolutnie wierne pod względem treści i formy przeniesienie na ekran filmowy widowiska scenicznego (dramatu, opery, baletu i innych form teatralnych). Nazw adaptacja i ekranizacja nie należy więc używać wymiennie, gdyż mają one różne znaczenie. Mieszają je niestety dość często sami krytycy filmowi, co dezorientuje odbiorców. Ważny wydaje mi się fakt, że film przyczynia się również do popularyzacji literackich osiągnięć wśród dość szerokiego grona widzów, którzy nie odwiedzają instytucji takich jak teatr, biblioteka czy księgarnia.

Film kontra belfer

Ileż to razy ktoś z nas starał się na lekcji polskiego przemknąć nad czytaniem wyjątkowo nudnej lektury. Wówczas sama sugestia, że ekranizacja mogłaby zastąpić lekturę książki wywołałaby zgrozę na twarzy nauczyciela. Przyznanie się do obejrzenia filmu zamiast przeczytania lektury skutkowało zazwyczaj natychmiastową pałą w dzienniku. Dzisiejsi trzydziesto- i czterdziestolatkowie (nie mówiąc już o starszych pokoleniach) zapewne uśmiechają się zadziornie do tych wspomnień. Współcześni wychowawcy podchodzą do tej kwestii o wiele bardziej wyrozumiale. Nic w tym dziwnego, skoro projektory cyfrowe czy prezentacje multimedialne weszły do standardowego arsenału szkolnych pomocy naukowych. Mało tego! Tworzy się już na poziomie gimnazjów klasy o profilu filmowym. Najbardziej zatwardziali sceptycy skłonni są twierdzić, że do zawrotnej kariery adaptacji przyczynili się leniwi uczniowie. Każdy na etapie szkolnym wiedział, że lektury dzielą się na zmory, z którymi trzeba się uporać, i takie, które czytało się z wewnętrznej potrzeby (czyli te „normalne"), niekoniecznie polecane przez MEN. Powiedzmy sobie szczerze, czytanie lektur bywało nudne, bywało nawet nieznośne. Skoro nawet bibliotekarz nie boi się tych słów, nikogo nie powinien dziwić fakt, że adaptacje książek trafiły na tak podatny grunt. Z badań naukowych i opinii publicystów wynika, że film najmocniej i najbardziej wszechstronnie ze wszystkich środków masowego oddziaływania wpływa na młodzież. Młodzi ludzie doszukują się w filmie analogii do własnych przeżyć. Często właśnie oglądanie filmów staje się dla nich podstawową formą przygotowania do życia, pierwszym kontaktem z jego złożoną problematyką, a bohater filmowy wzorem do naśladowania. Niestety, nie wszystkie adaptacje są dobre, wartościowe i mają korzystny wpływ na młodzież. Dzieje się tak dlatego, że młody widz niewyedukowany filmowo zupełnie inaczej odbiera film niż profesjonalista. Wiąże się to z bardzo nikłym przygotowaniem młodzieży do choćby podstawowych umiejętności odbioru dzieła filmowego [5]. Skutkuje to – analogicznie – wyborami słabych utworów o żadnych walorach artystycznych.

Z faktem, że literatura uczy, wychowuje i rozwija wyobraźnię, nie dyskutuje nikt, ale przecież o filmie można powiedzieć to samo! Chociaż nie wpływa znacząco na zasób słów czy umiejętność pisania, to odzwierciedla rozmaite przeżycia psychiczne, budzi refleksje, przedstawia bogactwo ludzkich doznań. Jest jednak sztuką łatwiejszą do przyswojenia przez ucznia. Bywają jednak filmy o ukrytych treściach symbolicznych, operujące określonym językiem, bez znajomości którego są dla młodego odbiorcy niezrozumiałe. To jest właśnie miejsce na docenienie wysiłków nauczycieli i bibliotekarzy prowadzących zajęcia z zakresu edukacji filmowej i aktywnego udziału w kulturze. Szkołą patrzenia na film stają się powstające coraz liczniej kluby filmowe, jak choćby KF „Na Górze" w mediatece zielonogórskiej. Fachowa opieka merytoryczna sprzyja przede wszystkim wyrabianiu przez widza właściwych kryteriów oceny dzieła filmowego. Poza tym jest to wiedza dostępna dla każdego amatora kina, nie tylko młodzieży szkolnej czy studentów.

Mimo wszystko dzięki adaptacjom literatura też zyskuje. Udany film dodaje blasku i toruje drogę wznowieniu książki – przyczynia się zawsze do wzrostu jej popularności, a w rezultacie do rozwoju czytelnictwa (choć odbiorca, którego dopiero wizyta w kinie skłania do zawarcia znajomości z wybitnym pisarzem, koneserem literatury zwykle nie jest). Nie ma dziś znaczenia, że wciąż powstaje znacznie więcej książek niż filmów, bowiem kondycję jednej i drugiej sztuki wyznaczają arcydzieła, a nie rozmiary produkcji.

A jednak z niecierpliwością czekamy na ekranową propozycję, szczególnie po lekturze ciekawej książki – dlaczego? Wynika to z chęci przedłużenia przyjemności obcowania z fabułą, porównania własnych wyobrażeń z wizją reżysera. Może chodzi też o coś bardziej pierwotnego? Czy można mówić o zwyczajnej ludzkiej potrzebie dzielenia się emocjami i doświadczeniami? Prawdopodobne, że właśnie ta potrzeba kierowała ręką człowieka pierwotnego malującego na skale, przekazującego i utrwalającego obrazy własnych przeżyć.

Do dotychczasowych związków między książką i filmem, polegających najczęściej na adaptacjach lub ilustracjach tekstów literackich przez film oraz na „ufilmowaniu" prozy współczesnej, dochodzi czytanie książek z pamięcią obejrzanych filmów. Swoiste wkładanie filmów do czytanych książek [6]. W moim odczuciu wzmaga to siłę lektury i pomaga w analizie słabszych momentów lektury.

Jeśli idzie o relacje na linii literatura – film, szczególnie przypadło mi do gustu zdanie Jana Tomkowskiego, które świetnie odzwierciedla ten konflikt: „literatura nie została powołana do życia po to, aby zaistnieć mogła na ekranie, przeznaczeniem zaś filmu nie jest popularyzacja literatury" [7]. Jeśli to mimo wszystko się dzieje, to nie mogła zdarzyć się bardziej naturalna i korzystna płaszczyzna do współpracy, pod warunkiem, że partnerami literatów będą wielcy filmowi artyści, a machina filmowa będzie miała mniej wspólnego z biznesem, więcej zaś ze sztuką. Literatura operuje tworzywem słownym, film – obrazem udźwiękowionym. Ponieważ środki są różne, więc i rezultaty są odmienne. Myśl jednak pozostaje zawsze ta sama. Moje rozważania sprowadzają się do konkluzji: film jest po prostu doskonałym uzupełnieniem lektury.

  

Anna Urbaniak
WiMBP im. C. Norwida w Zielonej Górze

 

[1] S. Wysłouch, Literatura a sztuki wizualne, Warszawa 1994, s. 157.

[2] J. Tomkowski, Zamieszkać w bibliotece, Ossa 2004, s. 147.

[3] Tamże, s. 148–149.

[4] A. Jackiewicz, Niebezpieczne związki literatury i filmu, Warszawa 1971, s. 172.

[5] M. Sokołowski, Młodzież wobec filmowych adaptacji literatury [online]. Dostęp: http://www.edukacjaidialog.edu.pl/ [odczyt: 26.04.2011]

[6] A. Jackiewicz, dz. cyt., s. 270.

[7] J. Tomkowski, dz. cyt., s. 157.