Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /libraries/cms/application/cms.php on line 470
Zawsze z największym uznaniem traktowałem bibliotekarzy, którzy mają kontakt z czytelnikiem - Bibliotekarz Lubuski

Zawsze z największym uznaniem traktowałem bibliotekarzy, którzy mają kontakt z czytelnikiem

Z prof. Franciszkiem Pilarczykiem rozmawiają Monika Simonjetz i dr Dawid Kotlarek

Prof. dr hab. Franciszek Pilarczyk – bibliolog i historyk książki1 . W latach 1972-1991 i 1995-1998 pełnił funkcję dyrektora Biblioteki Głównej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Zielonej Górze. W okresie 1975-1986 kierował Zakładem Bibliotekoznawstwa WSP. Autor wielu publikacji naukowych, poruszających problematykę ikonografii i emblematyki staropolskiej, związków słowa i obrazu w dawnej książce oraz dziejów książki i bibliotek północnego Śląska. Obecnie jest profesorem Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim.

Panie Profesorze, zacznijmy od początku. Szkoła podstawowa w Obrze, Liceum Ogólnokształcące w Wolsztynie i studia polonistyczne na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dlaczego polonistyka?

Polonistykę wybrałem pod wpływem szkoły średniej, gdzie mieliśmy znakomitych nauczycieli (przede wszystkim polonistów i historyków). Muszę też zaznaczyć, że w liceum w Wolsztynie zrodziły się moje zainteresowania muzyczne. Raz w miesiącu przyjeżdżali do nas artyści opery i filharmonii w Poznaniu. Mieliśmy w szkole dużą aulę, stały tam organy i odbywały się koncerty. Śpiewałem w chórze szkolnym. Stąd wzięły się zainteresowania, również literackie. Były to zainteresowania nie tylko moje, ale i moich rówieśników. Nieżyjący już kolega, w przeciwieństwie do nas wszystkich, był doskonałym matematykiem. W czasie przygotowań do matury potrafił nauczyć się na pamięć pięciu ksiąg Pana Tadeusza. To były zupełnie inne czasy. Myśmy naprawdę dużo czytali.

Pamięta Pan swoją pierwszą książkę?

Oczywiście, że pamiętam. Dokładnie 1953 rok. Wówczas wydawane były znakomite albumy. Najpiękniejsze, jakie ukazywały się w PRL. To była Bitwa pod Grunwaldem Jana Matejki. Bardzo pięknie zrobiony album. Pierwsza książka, którą kupiłem samodzielnie.

Czy były jakieś wcześniejsze publikacje, które otrzymał Pan od kogoś.

Od wczesnego dzieciństwa byłem człowiekiem, nazwałbym, obrazkowym. Urodziłem się w pierwszych miesiącach wojny. Wtedy dla dziecka wiejskiego każdy obrazek, nawet z pudełka od zapałek miał szczególną wartość. Młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy, w jak innym świecie wtedy żyliśmy. Świat obrazów był zamknięty. Pamiętam, jak mój ojciec wrócił z niewoli. Miał zainteresowania artystyczne i zaczął kupować niemieckie pismo „Kunst und Volk”. Do dzisiaj mam kilka numerów. Wówczas to było pismo, które miało znakomite reprodukcje, oczywiście malarstwa niemieckiego. Wertowałem strony i do dzisiaj mam wiele obrazów przed oczami. Stąd wzięły się moje zainteresowania sztuką. W ramach anegdoty dodam, że po wielu, wielu latach pojechałem z córką do Monachium. Koniecznie chciałem zobaczyć obrazy z dzieciństwa. Kiedy stanąłem przed obrazem Rubensa Madonna w girlandzie, rozpłakałem się.

W domu rodzinnym mieli Państwo bibliotekę? Regał z książkami? Gromadzili Państwo książki?

Niewiele, po prostu nie było nas na to stać. Mama korzystała z biblioteki i bardzo dużo czytała. Robiła ciągle na drutach i cały czas czytała. Natomiast książek w domu było początkowo niewiele. Potem, po wojnie, w 1946 czy 1947 roku, dokładnie nie pamiętam, do naszego domu wprowadziła się ciotka mojej mamy, która była położną w Berlinie w okresie międzywojennym. Przywiozła ze sobą całą niemiecką bibliotekę. Było to kilkaset woluminów, które złożyliśmy na strychu. Nie znałem niemieckiego, więc tekstów nie czytałem, ale wtedy znowu zetknąłem się z albumami. Także z operą, przynajmniej z tytułami. W przywiezionych zasobach było mnóstwo librett operowych.

Karierę zawodową rozpoczął Pan Profesor 1 września 1962 roku jako nauczyciel języka polskiego. Jak wspomina Pan pierwsze lata pracy?

Pamiętam Bogusia, czwartoklasistę. Nie wiem, dlaczego akurat tego chłopaka pamiętam. Przeuroczego zresztą. Bardzo sympatycznie wspominam jeden rok pracy w szkole w Stęszewie. Późniejszych uczniów nie pamiętam, a przecież pracowałem przez kilka lat w Grodzisku Wielkopolskim. Stamtąd nie zapamiętałem nikogo, przynajmniej z uczniów. Boguś miał brata bliźniaka. To mi w głowie zostało.

Zapewne byli to pilni i wzorowi uczniowie.

Nie, to byli rozrabiacy. Takich chyba pamięta się najdłużej.

W 1967 roku podjął Pan pracę jako kierownik Działu Zbiorów Specjalnych w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Zielonej Górze. Jak wyglądały początki działalności biblioteki w zakresie gromadzenia zbiorów specjalnych?

Pracę wbibliotece wojewódzkiej zaczynałem dwa razy. Już w 1966 roku przyjechałem do pracy do biblioteki wZielonej Górze. Namówił mnie nieżyjący już od wielu, wielu lat mój serdeczny przyjaciel Ryszard Saniewski, który był wówczas wicedyrektorem placówki. Przyjechałem do pracy akurat w momencie, kiedy był nieobecny. Zgłosiłem się do siedziby biblioteki przy ul. Jedności Robotniczej. Ligia Koczorowska2 pokazała mi biurko i wręczyła stos przepisów prawnych. Siedziałem nad nimi całe siedem godzin, po czym ubrałem się, wyjechałem z Zielonej Góry i wróciłem dopiero za rok. Z Ligią Koczorowską zaprzyjaźniliśmy się w późniejszym czasie. W 1967 roku zostałem zatrudniony w WiMBP na stanowisku kierownika Działu Zbiorów Specjalnych, których w zasadzie w ogóle nie było. Z dyrektorem Grzegorzem Chmielewskim mieliśmy jednak plan, żeby stworzyć zupełnie inną bibliotekę. Nie zwykłą placówkę powiatową, a bibliotekę wojewódzką z prawdziwego zdarzenia. W związku z tym należało zacząć gromadzić także zbiory specjalne. Z pewnością do dyspozycji mieliśmy więcej pieniędzy na zakupy niż dzisiaj. Zacząłem więc jeździć do antykwariatów, gdzie przede wszystkim zaopatrywaliśmy się w cenne zbiory. Innym zadaniem, które przede mną stanęło, była kwestia przejęcia zbiorów dawnej biblioteki klasztornej augustianów w Żaganiu. Do dzisiaj w zakładowym archiwum powinien znajdować się stos pism, które wystosowałem do wszystkich możliwych osób: biskupów, księży, władz. Chyba tylko do papieża nie pisałem. Niestety nie dało się z tym nic zrobić, a biblioteka żagańska niszczała. Spływało również do biblioteki dosyć dużo książek zatrzymanych na granicy, które przemytnicy próbowali nielegalnie wywieźć z kraju. W ten sposób biblioteka pozyskała kilkaset zabytkowych pozycji. Pewnego razu udałem się na zakupy do Antykwariatu Żupańskiego w Poznaniu. Antykwariusz zaprezentował mi książkę bez karty tytułowej. Oceniłem jej wiek na okolice inkunabułu i postanowiłem kupić do zbiorów biblioteki wojewódzkiej. Wówczas obowiązkiem biblioteki było opisanie każdej książki i wysłanie informacji do katalogu centralnego. Opis zrobiłem tak, jak potrafiłem. Po tygodniu otrzymałem telefon z Warszawy z informacją, że przyjedzie do nas kierowniczka Zbiorów Specjalnych. Okazało się bowiem, że to, co opisałem, wskazywało na dość rewelacyjne odkrycie. Był to inkunabuł zawierający mowy papieża Leona I, uznawane za jeden z pierwszych druków, który ukazał się na ziemiach polskich.

Czasami zdarzały się również sensacyjne odkrycia, tak jak w przypadku odnalezienia rysunków Cypriana Norwida, późniejszego patrona biblioteki.

Tak, wyglądało to w ten sposób. Mieszkałem wówczas w filii biblioteki przy ul. Podgórnej. Do dyspozycji miałem taki maleńki pokoik, gdzie znajdowała się również pracownia mikrofilmowa. Pewnego dnia, późnym wieczorem odwiedził mnie Ryszard Saniewski. Postanowiliśmy pójść do kawiarni „Studencka”, która mieściła się wsąsiedztwie biblioteki i wypić sobie mały koniaczek. W pewnym momencie przysiadł się do nas nieznajomy, który słyszał, że rozmawiamy o książkach. Był już trochę „pod wpływem”. Przyniósł po jeszcze jednym kieliszku i oznajmił, że ma w domu rysunki Norwida i inne interesujące rzeczy. Wybuchnęliśmy śmiechem. W Zielonej Górze Norwid? Skąd? W międzyczasie kelnerka zamykała już lokal. Przenieśliśmy się do bibliotecznej czytelni, a nasz rozmówca zniknął. Myśleliśmy, że przepadł, jednak po pół godzinie wrócił z pakunkiem w rękach. Gdy go otworzył, rozsypały się rysunki Norwida. Pamiętam, że było to trzydzieści kilka kartek. Momentalnie zdębieliśmy. Zadzwoniliśmy do dyrektora Grzegorza Chmielewskiego. Mimo późnej godziny Grzegorz szybko przyjechał. Mężczyzna jednak w pewnym momencie zwinął wszystkie materiały i zniknął, a my zostaliśmy z niczym. Zdarzył się jednak cud. Właściciel rysunków, będąc jeszcze w kawiarni, dzwonił do córki. Stałem wówczas obok niego i sam nie wiem, jak to się stało, ale zapamiętałem numer, który wykrę - cił. Na drugi dzień przewertowaliśmy całą książ - kę telefoniczną i w ten sposób go odnaleźliśmy. Dyrektor Grzegorz Chmielewski podjął starania, żeby odkupić rysunki, co ostatecznie się udało.

Od lewej: Franciszek Pilarczyk, Kazimierz Bartkiewicz, Andrzej Buck i Tomasz Florkowsk

 

Jak to się stało, że rysunki znalazły się w posiadaniu wspomnianego mężczyzny?

Mężczyzna ten po wojnie mieszkał z narzeczo - ną w Poznaniu. Zdarzyło się, że jako członkowie organizacji młodzieżowej byli obecni podczas li - kwidacji majątku ziemskiego rodu Turnów w Do - brzycy. Opowiadał, że jak weszli do zdewastowa - nego pałacu, to całe podłogi zasypane były pa - pierami i książkami. Wzięli walizkę i załadowali w nią to, co leżało na podłodze. Tę walizkę przywieźli ostatecznie do Zielonej Góry. Mężczyzna przez lata stopniowo wyprzedawał swoje zna - lezisko, a to, co udało nam się pozyskać, to była już niestety resztka.

Od 1972 roku kierował Pan Biblioteką Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Zielonej Górze. Przed jakimi wyzwaniami stanął Pan jako dyrektor tworzącej się praktycznie od podstaw książnicy uczelnianej?

Nie byłem pierwszym dyrektorem Biblioteki Głów - nej WSP. Przede mną przez rok kierowała nią moja koleżanka ze studiów, która pochodziła ze Wschowy. Nie czuła się wZielonej Górze zbyt do - brze i ostatecznie wróciła wswoje rodzinne strony. Wówczas prof. Hieronim Szczegóła zatrudnił mnie na stanowisku dyrektora. Biblioteka była wów - czas małą książnicą szkolną. Trzeba było zabrać się do pracy, żeby coś z tego zrobić. Na zakupy przeznaczone były wówczas odpowiednio wyso - kie środki i nie narzekałem na brak pieniędzy, tak jak to było w późniejszych latach. Uczelni zale - żało na tym, aby powstała biblioteka akademic - ka na wysokim poziomie. Działały już wówczas pełne studia magisterskie na polonistyce i innych kierunkach. Trudno sobie wyobrazić studiowanie filologii polskiej z tak skromnym zasobem biblio - tecznym. Po poznańskiej uczelni miałem wiedzę, jak tego rodzaju studia wyglądają i jakie zasoby powinna mieć biblioteka. Duży problem stano - wił brak bibliografii. W związku z tym kilkukrot - nie każdego miesiąca udawałem się do antykwa - riatów w Poznaniu, Wrocławiu, Warszawie. Ku - powaliśmy, co się dało. Uczestnicząc w aukcjach antykwarycznych, poznałem wielu ludzi z bran - ży i wszedłem w środowisko bibliotekarskie. Czę - sto podczas aukcji rywalizowałem z panią dyrek - tor z biblioteki w Kórniku. Niejednokrotnie zwra - cała się do mnie: „po co wy takie zbiory chcecie zakupić dla Zielonej Góry?”. Nie dyskutowałem nawet na ten temat, ale nasze miasto trakto - wane było przez wielu jako prowincja. W pew - nym momencie oznajmiła, że mają w Kórniku całą stodołę dubletów książek, które mogą nam przekazać. Pojechałem na miejsce i rzeczywi - ście zastałem stodołę wypełnioną drukami. Po - mieszczenie wyglądało okropnie. Przez dziura - wy dach dostawała się woda, zalewając zbiory. Przywiozłem wówczas całą ciężarówkę książek, przede wszystkim XIX-wiecznych. Kórnik spe - cjalizował się w gromadzeniu literatury emigra - cyjnej. Przed pałacem stał kiosk i za symbolicz - ną złotówkę sprzedawano wspomniane zbiory. Zakupiłem również trochę woluminów do pry - watnej kolekcji. Ciężarówkę książek dostaliśmy także z Torunia. Kolega, który był wicedyrek - torem biblioteki w Łodzi, podarował nam zbiór około 500 starodruków. W ten sposób, poprzez zakupy na aukcjach oraz dary z innych bibliotek, kształtował się zasób Biblioteki Głównej WSP. Nie do zdobycia była wówczas bibliografia Es - treichera. Dzisiaj to oczywiście zupełnie co innego, ale wówczas nie wyobrażałem sobie studiowania na kierunkach humanistycznych bez dostępu do tej bibliografii i kilku innych niezbędnych wydaw - nictw typu „Polski Słownik Biograficzny”. Proszę sobie wyobrazić, że bibliografię Estreichera skse - rowaliśmy. Całe 40 tomów. W Zielonej Górze był wówczas tylko jeden kserograf, w fabryce zgrze - blarek bawełnianych. Urząd Bezpieczeństwa wzy - wał mnie i odpytywał: „co wy tam robicie?”. Osta - tecznie udało się skopiować to dzieło. Wydawało mi się również, że poważne studio - wanie na kierunkach filologicznych wymaga do - stępu do bibliografii zagranicznych. Zacząłem ku - pować bibliografie niemieckie, rosyjskie, francu - skie. Po dwóch latach kupowania były już chyba trzy regały pełne tego rodzaju wydawnictw. Jed - nak nawet pies z kulawą nogą nigdy tam nie zaj - rzał. Przestałem kupować.

Przez 11 lat kierował Pan Zakładem Bibliotekoznawstwa w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Jak wyglądały początki bibliotekoznawstwa?

Przyznam się szczerze, że dokładnie nie pamiętam, skąd wyszła inicjatywa stworzenia kierunku bibliotekoznawstwa. Kierownikiem Zakładu byłem od drugiego roku jego funkcjonowania. Przede mną kierował nim prof. Józef Kargul. Siedziba Zakładu wpierwszym roku funkcjonowania znajdowała się w pomieszczeniach Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej, na drugim piętrze. Pamiętam, że pewnego dnia o mało nie spaliliśmy biblioteki wojewódzkiej. Wśród pracowników Zakładu mieliśmy palacza papierosów, który namiętnie oddawał się swojemu nałogowi. Pewnego dnia wrzucił niedopałek do kosza na śmieci, co wywołało pożar, który na szczęście udało się ugasić. Następnie przenieśliśmy się do gmachu WSP przy al. Wojska Polskiego. Wszystko odbywało się tanim kosztem. Wetknięto nas w ciasne pomieszczenia. Na potrzeby Zakładu wykorzystywano również przestrzenie biblioteki, którą jednocześnie kierowałem. Nie mieliśmy nawet sekretarki, a musieliśmy obsłużyć ponad 300 studen - tów. Zakład Bibliotekoznawstwa funkcjonował do drugiej połowy lat 80. W późniejszym czasie działało jeszcze Międzywydziałowe Studium Bibliotekoznawstwa. Tak się działo w wielu ośrodkach akademickich, w których w tym czasie zlikwidowano kierunek bibliotekoznawstwa. Pozostało jedynie kilka największych.

Ma Pan ogromne doświadczenie w zakre - sie kształcenia bibliotekarzy. Co wydawa - ło się najważniejsze w tym obszarze, na co kładło się nacisk?

To jest dosyć trudne pytanie. Jeśli dobrze sobie przypominam, to my nie mieliśmy wielkich am - bicji naukowych. Po doświadczeniach z polonistyką od początku wiedziałem, że to nie będzie wielki ośrodek uniwersytecki, bo nie było odpowiedniego zaplecza. Ale mieliśmy ambicje, żeby porządnie nauczyć praktyki bibliotekarskiej i myślę, że robiliśmy to dobrze. Nasi studenci, jeżdżąc na praktyki bibliotekarskie, przywozili zawsze niemal entuzjastyczne oceny. A bywali wcałej Polsce. Jeszcze dzisiaj zasilają kadrę wiodących ośrodków. Spotykam wielu bibliotekarzy, którzy przyznają, że byli moimi studentami. W Zielonej Górze raz był nawet przeprowadzony egzamin ogólnopolski na bibliotekarzy dyplomowanych. Organizowałem go w bibliotece uczelnianej. W 1976 roku, rok po obronie doktoratu, sam zdawałem egzamin na bibliotekarza dyplomowanego w Akademii Medycznej w Białymstoku. Podobno tak dobrze zdałem, że komisja zażyczyła sobie, żebym zadbał o kolejną edycję. W 1977 roku odbyła się ona w Zielonej Górze. Było to duże przedsięwzięcie logistyczne. Komisja liczyła 15 osób. Nie wszyscy przyjechali. Było 13 osób, o ile dobrze pamiętam, i 24 osoby zdające. Egzaminy trwały tydzień. Pierwszy dzień przeznaczony był na egzamin pisemny z zagadnień tematycznych, które komisja wcześniej rozsyłała. Obejmowały one praktycznie całe bibliotekoznawstwo. Drugiego dnia swój tekst trzeba było przetłumaczyć na język obcy. Potem był dzień przerwy. Następnie egzamin ustny przed całą komisją. Kiedy ja sam zdawałem, w komisji zasiadało 8 osób. Zdawałem jako ostatni. Przyszedłem na uczelnię o 8 rano, a przed obliczem komisji stanąłem o godzinie 20. Byłem już roztrzęsiony i rozweselony wręcz. Egzamin okazał się na tyle ciekawy, że komisja zechciała się spotkać ze mną raz jeszcze za rok. Natomiast tego egzaminu w Zielonej Górze nie pamiętam, ale wiem, że trzy osoby nie zdały. Takie sytuacje się zdarzały. Komisja jednak była na tyle taktowna, że mówiono o tym bezpośrednio zainteresowanym wcześniej. Wówczas osoby te nie przychodziły na końcowe rozdanie dyplomów. Nie były to zatem sytuacje krępujące. Profesor Halina Chamerska i profesor Barbara Bieńkowska zasiadające w komisji egzaminacyjnej były zachwycone Zieloną Górą: bliskością akademika, uczelni, zasobami i organizacją biblioteki. Nazwiska bibliotekarzy dyplomowanych publikowano w roczniku „Nauka Polska”. W latach 80. w tym gronie znajdowało się około 150 osób w skali całej Polski, więc było to towarzystwo dosyć ekskluzywne.

Na co obecnie w zakresie kształcenia bibliotekarzy należałoby zdaniem Pana Profesora zwrócić uwagę. Czy w ogóle w bibliotece powinna pracować osoba bez przygotowania? Zawód został uwolniony.

 Dla mnie, przyznam się szczerze, przykre były ministerialne rozwiązania. Z bólem przyjąłem informację o uwolnieniu profesji bibliotekarza. Cały czas jestem przekonany, że jest to jeden z najpiękniejszych zawodów, jaki można wykonywać. I jest tak postponowany. Postponowany właśnie teraz, w naszych czasach. To jest przedziwne, bo obecnie powinny liczyć się racjonalizm oraz wykształcenie. A nagle ten, który wykształcenie umożliwia, który często jest przewodnikiem dla studenta w większym stopniu niż profesor czy pracownik naukowy, jest tak lekceważąco traktowany. Już nie mówię o pieniądzach. Uwolnienie zawodu było dla mnie zupełną aberracją.

Wiemy, że posiada Pan imponujące zbiory nagrań muzycznych, szczególnie muzyki operowej, a geneza miłości do muzyki leży w dzieciństwie. W latach szkolnych poznał Pan Profesor podstawy gry na instrumencie muzycznym. Jakim? Uczęszczał Pan Profesor do szkoły muzycznej?

Grałem na akordeonie. Nie uczęszczałem do szkoły muzycznej. Miałem nauczyciela w Wolsztynie, do którego jeździłem ze wsi raz wtygodniu. Potem uczyłem się sam. Długo grałem. Jeszcze po studiach. Do Zielonej Góry przyjechałem z akordeonem. Wtedy jednak stwierdziłem, że będę grał dobrze albo wcale i niestety, nie miałem już czasu, żeby dużo ćwiczyć i zrezygnowałem z akordeonu.

Proszę opowiedzieć nam o zbiorach nagrań muzycznych.

Zaczęło się od tego, że jak wcześniej powiedziałem, już w szkole miałem kontakt z muzyką. W czasie studiów w Poznaniu od początku pobytu chodziłem na koncerty do Filharmonii Poznańskiej i w miarę możliwości do Opery. Praktycznie wszystkie premiery, jakie były i to, co było w repertuarze Opery Poznańskiej, wtedy zobaczyłem. Na koncerty chodziłem zawsze w sobotę. Prawie na każdy koncert. Prawie, bo czasami było ich kilka w tygodniu. Zbierałem programy. Żałuję, bo gdzieś mi się zawieruszyły. Potem, kiedy skończyłem studia i pracowałem wGrodzisku, brakowało mi tego. Kupiłem gramofon Bambino, zacząłem gromadzić płyty i słuchałem. Kupowałem często kosztem wyrzeczeń, bo nie było to tanie hobby. Obecnie interesują mnie relacje muzyka – słowo – plastyka. Przykładem jest Salambo Flauberta. Nabyłem płytę z muzyką filmową do znakomitej powieści, którą czytałem kilkadziesiąt lat temu. Gromadzę nie tylko operę, ale wszystkie oratoria i inne formy, gdzie wykorzystywana jest literatura. Mam całe teki do wypisów. Do tekstów Szekspira napisano ponad 1800 utworów. Opery prawie wszystkie mam, ale całej reszty nie. Tak że jest co robić.

Czy planuje Pan Profesor wydanie książki, publikację artykułu na ten temat?

Nie. Powiem szczerze, że nie jestem fanem pisania. Nad monografią Elementarze polskie3 pracowałem 11 lat. Prof. Szczegóła, wówczas rektor Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Zielonej Górze, i nieżyjący już prof. Pasterniak przychodzili do mnie i mówili, że nigdy tego nie napiszę. Kiedyś prof. Szczegóła wręcz zapytał, czy nie cieszą mnie autorskie publikacje. Odpowiedziałem, że kiedy wchodzę do magazynu i widzę miliony zadrukowanych niepotrzebnie kartek, nie bardzo mnie to cieszy

W związku z szerokimi zainteresowaniami muzycznymi i literackimi ma Pan Profesor jakieś swoje codzienne rytuały dotyczące czytania lub słuchania?

Nie mam, ale niewykluczone, że będę miał. Ostatnio nie mogę spać. Połowę nocy spędzam na siedząco. Zakładam słuchawki i słucham. W ciągu trzech godzin, od godziny 4 rano do 7, wysłuchałem na przykład cudowną operę Rubinsteina, pierwsze światowe nagranie Mojżesza. Przepiękna opera nagrana przez Wrocławską Orkiestrę i solistów. Niecałe trzy godziny. Mam świadomość tego, że nie mam szans na wysłuchanie wszystkiego, co zgromadziłem. Już wiem, że nie. Niektóre opery posiadam wpięciu lub sześciu różnych nagraniach. Jest to trochę aberracja – tak zupełnie normalne to nie jest, ale trudno z tej pasji zrezygnować.

Rok 2019 ogłoszony został rokiem Stanisława Moniuszki. Czy Moniuszko gości w zasobach Pana Profesora?

Oczywiście. Mam wszystko, co zostało nagrane. Niestety, w przypadku Moniuszki są to tylko trzy czy cztery opery. Jesteśmy dziwnym narodem w porównaniu na przykład z Czechami. Oni nagrali prawie wszystkie swoje opery. W Polsce jest kilka oper Pendereckiego, dwie Szymanowskiego i kilka Różyckiego. Łącznie około dziesięciu oper. Wyjątkowo ubogo. W bibliografii polskiej opery opracowanej przez Kornela Michałowskiego widnieją tysiące pozycji. Tak więc jest z czego wybierać. Notabene, u żony Kornela Michałowskiego zdawałem egzamin z bibliografii na studiach podyplomowych w Poznaniu.

Chcielibyśmy zapytać także o inne cenne zbiory. Czy Pana zainteresowania naukowe skoncentrowane wokół książki, grafiki, ilustracji łączą się także z pasją kolekcjonerską? 

Jedno z większych moich osiągnięć kolekcjonerskich to grafika Giovanniego Battisty Piranesiego. Gdyby mi ktoś powiedział jakiś czas temu, że będę miał Piranesiego, tobym pomyślał: O nie! Mowy nie ma! Zdarza się, że jego dzieła pojawiają się na polskim rynku, ale żeby przystąpić do licytacji, trzeba mieć sporą sumę pieniędzy. Swój egzemplarz kupiłem za niewielką kwotę na Allegro. Wiem już, że jak znajdę coś interesującego, to muszę natychmiast się decydować, bez względu na to, czy mam pieniądze, czy nie. Jak spóźnię się o 10 minut, to już tego może nie być lub osiągnąć wysoką cenę. Bardzo lubię staloryty. Za niewielkie pieniądze zakupiłem kilka stalorytów Turnera. Miałem kiedyś duży zbiór grafiki. W dawnych latach dobra grafika była do zakupienia w galeriach państwowych. Kupowałem zbiory graficzne dla biblioteki uczelnianej. Często tańsze rzeczy brałem także dla siebie, choć nie mogłem sobie pozwolić na wiele ze względów finansowych. Pamiętam szefową galerii przy Floriańskiej, która mówiła: „Ja panu to odłożę. Przyjedzie pan za dwa, trzy miesiące i może wówczas pan kupi”. W czasach inflacji w Polsce pod koniec lat 80. zakupiłem kilkadziesiąt znakomitych rzeczy, które można było pozyskać dosłownie za grosze. W 1990 roku zrobiłem w bibliotece wojewódzkiej dużą wystawę prywatnych zbiorów graficznych. W późniejszym czasie nieco roztrwoniłem kolekcję. Córki urządzały swoje domy i zbiory zostały podzielone. Coś jeszcze zostało, ale niewiele. Mam trochę dawnych grafik, miedziorytów i przede wszystkim ilustrację książkową, np. przepiękne wydania Szekspira. Gromadzę ilustrację zarówno dawną, jak i współczesną, szczególnie polską szkołę książki obrazkowej. Wchodzę do księgarni i mówię, że na starość nie czytam, a tylko obrazki oglądam. Kupuję ilustrowane książki dziecięce, ale książki obrazkowe dedykowane są również dorosłym. Nawet Kurt Vonnegut zrobił taką książkę (mam ją zresztą w swoich zbiorach). Podobnie Olga Tokarczuk wraz z Iwoną Chmielewską.

Kataloguje Pan prywatne zasoby?

Nie, ale pewien porządek jest zachowany. Mam wydzieloną literaturę staropolską, książki ilustrowane. Uporządkowałem operę, winyle i CD. Okazało się, że w moich zasobach znalazły się cztery identyczne wydania Wesela Figara Mozarta pod dyrekcją Karla Böhma. Wprawdzie w innej szacie graficznej, ale dokładnie ta sama muzyka, to samo nagranie.

Gdyby porównać, to więcej ma Pan Profesor płyt winylowych czy CD?

Mniej więcej po równo, około 3,5 tysiąca, 4 tysiące każdych.

Sprzedaje Pan Profesor dublety?

Nigdy wżyciu. Nigdy nie sprzedałem żadnej książki. Rozdaję. Lubię dawać książki i płyty

W „Pracach Edytorskich”4 z 2009 roku odnotowano, że jest Pan promotorem blisko 500 prac magisterskich. Czy wśród nich są jakieś szczególne?

Liczba 500 jest przesadzona. Ilość tych prac określiłbym na około 350. Do ciekawszych zaliczyłbym opracowania na temat ilustratorstwa. Były to prace dotyczące poszczególnych ilustratorów lub poszczególnych dzieł. Jedna ze studentek pisała na przykład tylko o edycji Lokomotywy Tuwima. W Zielonej Górze otworzono swego czasu specjalizację edytorską. Ponieważ obroniłem doktorat ze staropolszczyzny i potem zajmowałem się staropolskim edytorstwem, prowadziłem seminarium z tekstów staropolskich. Szukałem takich, które były drukowane w XVI wieku, ale nigdy nie zostały przedrukowane. Jedna z moich studentek łączyła dwa kierunki: położnictwo i polonistykę. Zależało jej na pracy, która obejmowałaby zagadnienia obu dyscyplin. Zaproponowałem pracę na temat zielnika polskiego Stefana Falimirza z 1534 roku. Pisałem pracę dyplomową na temat ilustracji w zielnikach staropolskich. Znałem zielniki, także obce. Wiedziałem, że w pierwszym polskim zielniku jest rozdział o rodzeniu dziatek, około 25 stron. W efekcie przygotowana została idealna praca. Studentka była bardzo zadowolona. Połączyliśmy polonistykę z położnictwem.

Czy zapamiętał Pan studentów, którzy dzisiaj robią karierę naukową, z których jest Pan szczególnie dumny?

Wszyscy znamy profesor Małgorzatę Czerwińską. Była naszą studentką, miałem z nią zajęcia. Wykładowcą Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach jest zielonogórska absolwentka, prof. dr hab. Jolanta Chwastyk-Kowalczyk. Jako studentów poznałem również obecną dyrektorkę Biblioteki Uniwersytetu Zielonogórskiego, Ewę Adaszyńską oraz dyrektora zielonogórskiej WiMBP, dra Andrzeja Bucka. Jestem dumny z tych moich studentów, bo twierdzę, że obie biblioteki są świetnie prowadzone.

Jak ocenia Pan Profesor współczesnych studentów?

Współcześni studenci są gorzej wykształceni. Brakuje im podstawowej wiedzy. Czasami na zajęciach czuję się jak dinozaur, przybysz z innego świata. Niby mówię oczywiste rzeczy, a okazuje się, że wiele osób pierwszy raz to słyszy. Oczywiście, zdarzają się tacy, którzy wręcz szokują wiedzą, ale to jest jedna osoba na pięćdziesiąt. Inni mają ogromne braki. Nie z ich winy, bo na ogół są to przeuroczy ludzie. Mam dobre relacje ze studentami i jeśli dostrzegam luki w wykształceniu, to zawinione przez szkołę. Nie przez lenistwo, bo z reguły są to ludzie, którzy chcą się nauczyć. Wystarczy wskazać kierunek, określić wymagania. Kompetencje humanistyczne po szkole średniej są bardzo niskie. Nie można zrozumieć wielu tekstów kultury, nie znając kontekstu, nie mając podstawowej wiedzy z mitologii, z Biblii.

Kilka dekad pracy zawodowej blisko książek i bibliotek czyni Pana świadkiem przemian, bibliotecznych ewolucji, czy – jak mawiają niektórzy – rewolucji. Jak Pan ocenia współczesne biblioteki publiczne: nowe media, otwarte przestrzenie, miejsca spotkań, zasoby w zasięgu smartfonu? Czy nie brakuje zacisza bibliotecznych czytelń, które pamiętamy ze swoich studenckich czasów. Co Pan Profesor o tym sądzi?

We współczesnej bibliotece są miejsca, gdzie można spokojnie pracować w ciszy. W zielonogórskiej Bibliotece Uniwersyteckiej można nawet przygotować materiały i przychodzić przez cały kolejny tydzień, korzystając z jednego pomiesz- WOKOL DZIECI I MLODZIEZY czenia. To, co się dzieje teraz w bibliotekach, odbieram bardzo dobrze. Myślę, że biblioteki zmierzają w dobrym kierunku. Inną kwestią są przemiany samej książki. Patrząc jednak z perspektywy historycznej, należy założyć, że nowe formy książki nie wyeliminują tej tradycyjnej, czyli kodeksu. Książka się obroni i będzie funkcjonowała równolegle z innowacyjnymi rozwiązaniami. Podobnie jak kompakt nie wyparł płyty winylowej. Tydzień temu spotkałem się z córką, absolwentką polonistyki, która pracuje w bibliotece medycznej. Jest zagorzałą czytelniczką, tak jak moja żona. Córka przyniosła ze sobą czytnik, bo brakuje jej już w domu miejsca na książki. Popieram i rozumiem takie formy. Czytnik wiele ułatwia. Jest wygodny. Na pewno łatwiej zabrać cieniutki czytnik w podróż, nie trzeba dźwigać książek.

Tworzą Państwo czytelniczą rodzinę?

Druga córka jest po bibliotekoznawstwie, trzecia po germanistyce. Wszystkie mają domowe biblioteki. Kupują książki hurtowo. Czytają.

Co chciałby Pan przekazać dyrektorom bibliotek? Jakie biblioteki powinni tworzyć w swoich środowiskach? Na co zwracać uwagę przy zatrudnianiu, kreowaniu zespołu?

Myślę, że istotni w bibliotekach są ludzie, którzy tam pracują. Zawsze z największym uznaniem traktowałem bibliotekarzy, którzy mają kontakt z czytelnikiem. Szczególna sytuacja jest w bibliotece publicznej, gdzie przychodzi wielu czytelników nie tylko po książkę naukową. To jest według mnie najważniejsze miejsce w bibliotece. Od bibliotekarza pracującego z czytelnikiem w zasadzie powinno się wymagać najwięcej – nie tylko empatii, predyspozycji interpersonalnych, ale także wiedzy, umiejętności poznawania tysięcy tekstów. To jest sztuka, bo wiadomo, że wszystkiego się nie przeczyta, ale są metody, które pozwalają mówić o książkach, których się nie czytało.

Czy mimo uwolnienia zawodu należy uzupełniać wykształcenie kierunkowe?

Tak, oczywiście. Często się słyszy, że ludzie podejmują pracę w bibliotece, bo lubią czytać. To jest dobry początek, ale na samym czytaniu nie powinno się kończyć.

 Monika Simonjetz i dr Dawid Kotlarek