Całe to czytanie...czyli jak książki przedłużają nam życie

Pamiętam bardzo dokładnie moje pierwsze, świadome, prawie samodzielne zakupy w księgarni. Zamiast kolejnego wymuszonego „czegoś” mama zabrała mnie do Empiku. To były lata osiemdziesiąte, nie jestem pewna, czy owa składnica książek nosiła wówczas tę samą nazwę, natomiast na pewno nie brakowało tam książek, a koszyki były z drutu. Dostałam pozwolenie na wybór tytułów bez ograniczeń ilościowych (z tą ilością to może idealizuję, ale tak to właśnie pamiętam i niech tak zostanie). Pękałam z dumy, taszcząc do kasy ten ciężki, metalowy koszyk wypchany po brzegi (no prawie po brzegi) ulubionymi książkami. Jest to jedno z moich najtrwalszych, przyjemnych wspomnień.

Ale o co właściwie tyle zamieszania? W końcu to tylko książki... Jakie wrażenie na dzisiejszym dziecku zrobiłby taki prezent? Myślę, że nie tak spektakularne, jak wówczas na mnie. Wiem natomiast, że gdyby nie tamten dzień i decyzja matki, może nie byłoby tego artykułu, może nie byłabym tym, kim jestem dzisiaj. Z pełną świadomością rozpoczęłam ten tekst, sięgając do własnych korzeni czytelniczych, do przeszłości, ponieważ tam właśnie wszystko się zaczęło, zawsze tam się zaczyna...

W ślad za słowami ukochanego pisarza ośmielam się twierdzić, że książki (właściwie to ich czytanie) przedłużają życie. Co człowiek zyskał na wynalezieniu mowy, pisma, a w końcu druku? Umberto Eco twierdził, iż „[...] odkąd nasz gatunek zaczął wydawać pierwsze logiczne dźwięki, rodziny i plemiona zaczęły potrzebować starców. Stali się oni zbiorową pamięcią gatunku. Póki nie zaczęto kultywować tej pamięci zbiorowej, człowiek rodził się bez żadnych doświadczeń i umierał nim zdążył je nabyć [...]. To co zdarzyło się przed nim, i to, czego nauczyli się starsi, stanowiło teraz cząstkę jego pamięci. Dzisiaj starcami są książki. Ignorant przeżywa i przeżyje tylko swoje życie, a my [czytelnicy] przeżyliśmy ich mnóstwo” [1] .

Czyż wspominając swe młodzieńcze lata, nie cierpieliśmy z miłości razem z Anną Kareniną, a czy podziwiając dzieło sztuki, nie śpiewaliśmy hymnu do piękna wraz z Arturem Rimbaud'em? Żyliśmy i żyjemy bardziej, więcej. Analogicznie, analfabeta nie przypomni sobie niczego podobnego, gdyż nie ma o tym pojęcia! W tym momencie nasuwa mi się pewne zdanie, które przeczytałam kiedyś, sama nie wiem gdzie... brzmiało ono mniej więcej tak: „Być inteligentnym oznacza, że nie można być kimś innym”. Myślę, że analogicznie jest z ciekawością życia, to raczej nie jest kwestia naszego wyboru, przynajmniej nie do końca. Poznawanie jest dla człowieka czynnością bezwarunkową, ważne jednak, by odbywało się to poszukiwanie na płaszczyznach, które wciąż nas rozwijają. Osiągnąć możemy taki stan tylko poprzez wymaganie od siebie, nawet jeśli inni od nas nie wymagają. Słowa Jana Pawła II mają wymiar uniwersalny i ponadczasowy (nawet zatwardziały ateista musi się z nimi zgodzić).

A co z filozofią...?
Niegdyś wydawało mi się, że filozofia to płaszczyzna zarezerwowana wyłącznie dla wtajemniczonych czy tzw. elity intelektualnej. Spojrzałam na filozofię inaczej pod wpływem słów mojego byłego profesora tejże dziedziny. Powiedział nam wówczas, że każdy człowiek filozofuje i każdy z nas jest tak naprawdę filozofem, nawet idiota myśli, poddaje się refleksji. Oczywiście miał rację, szczególnie gdy zestawimy ten fakt z Arystotelesowską definicją filozofii. Starożytny myśliciel filozofowaniem nazywał bowiem wyjaśnianie świata danego nam w naturalnym doświadczeniu [2]. Czyż nie czynimy tego na co dzień? Jest więc filozofia ludzkim poznaniem, a poznanie jest w wypadku człowieka czynnością bezwarunkową. I jak się to wszystko ma do literatury? Mówiąc najprościej: czytanie to przede wszystkim proces poznawczy, poza tym psychokompensacyjny, terapeutyczny itp. Wszyscy ludzie, również chorzy psychicznie, próbują porządkować to, co na pierwszy rzut oka wydaje się chaosem. Pytamy: skąd się wziąłem, kim jestem, dokąd zmierzam? Esencja filozofii – jakież to proste!

Lepsza i gorsza?
Skoro wszystko na tym świecie ewoluuje, literatura nie może być pod tym względem żadnym wyjątkiem. Zastanawiając się nad tak często jeszcze spotykaną krytyką popularnej literatury masowej, należy rozważyć tę kwestię właśnie w kontekście ewolucji, a nie upadku kultury wysokiej. Od dawna przeciwstawia się literaturę popularną, masową literaturze elitarnej (wysokiej), co uważam ani za pożądane, ani tym bardziej za słuszne, choć jakiś czas temu nie było to dla mnie tak oczywiste. Krytycy widzieli w kulturze popularnej niebezpieczeństwo obniżenia standardów estetycznych i wartości narodowych wśród populacji ludzkiej. W tym sporze nic nie wydaje się proste. Myślę, że warto po prostu zaufać ludziom, ich wyborom, krytyce i potrzebom.

Nie potrafiłabym w tym miejscu pominąć jednego z najpiękniejszych fragmentów powieści fantasy, a więc literatury popularnej, na jaki udało mi się natknąć. Urszula Le Guin w swojej książce bardzo pięknie i obrazowo wyjaśnia, na czym polega istota samodoskonalenia naszego człowieczeństwa: „Myślałeś, będąc chłopcem, że mag to ktoś, kto potrafi uczynić wszystko. Tak i ja niegdyś myślałem. Tak myśleliśmy wszyscy. A prawda jest taka, że im bardziej rośnie prawdziwa moc człowieka, im bardziej poszerza się jego wiedza, tym bardziej zwęża się droga, którą może on kroczyć; aż wreszcie niczego już nie wybiera, lecz czyni tylko i wyłącznie to, co musi czynić...” [3] . Jak widać, nawet w literaturze fantasy jest szansa odnaleźć wzniosłe wartości.

Otóż podziały ze względu na jakość literatury są i będą, nie uważam natomiast za rzecz słuszną wartościować czytelnika ze względu na to, jaką czyta literaturę, czy to popularną, czy tzw. wysoką. Nie o to chodzi, by czytać tylko to, co uchodzi za elitarne! W końcu nie wszyscy jesteśmy hipokrytami czy snobami, a literatura jako sztuka nie została przez człowieka powołana po to, by robić z nas klaunów. Ma przed sobą znacznie poważniejsze zadania. Oczywiście zarówno popkultura, jak i kultura wysoka jest potrzebna i ważna. Funkcjonują równolegle, ale wypełniając zupełnie inne, równie ważne zadania, odpowiadając na inne potrzeby danego człowieka.

Już sam fakt, że żyjemy w czasach demokracji (przynajmniej większość z nas), oznacza, że kulturowe preferencje są tak samo wartościowe, godne uwagi i odpowiednie jak preferencje tradycyjnych elit. Za korzystne uważam to, że oznacza to również zdolność do pełniejszego uczestnictwa w działalności kulturalnej coraz większej rzeszy ludzi. Tak naprawdę problem pojawia się wówczas, gdy to właśnie przedstawiciele elit próbują narzucać swoje gusta jako najlepsze, jako jedyne godne uwagi, a więc narzucają własny sposób analizy kultury popularnej [4].

Kultura popularna jest zjawiskiem pradawnym i zapewne równie trwałym jak ludzkość. Tak zwana kultura wysoka nie sprawowała nigdy niepodzielnych rządów nad wyobraźnią ogółu i nigdy ich sprawować nie będzie. Jej siłą przez długi czas było mocne poczucie hierarchii i związany z nią snobizm, który sprawiał, że każdy, kto chciał być w społeczeństwie kimś, uważał za stosowne przynajmniej udawać, iż lubi to, co w tzw. dobrym towarzystwie lubić wypada, bez względu na to, jak nudne czy też niezrozumiałe mu się to wydawało. I choć snobizm miał swoje dobre strony (umiejętność dostosowania społecznego, funkcja poznawcza literatury), to samemu człowiekowi (jego duchowemu i emocjonalnemu rozwojowi) wiele dobrego nie przyniósł.

W ciągu XX wieku dokonał się „bunt mas”, które m.in. w literaturze zaczęły się kierować innymi niż dyktowane przez dotychczasowe elity kryteriami dobra i zła. Kultura popularna zaczęła głośno domagać się równouprawnienia i faktycznie je zdobywać [5].

Faktem jest, że tzw. kultura wysoka zaczęła stawać się po prostu jedną z subkultur dzisiejszego, nowoczesnego społeczeństwa. Oczywiście nadal cieszy się pewnymi specjalnymi względami (weźmy pod uwagę kanon obowiązujących lektur szkolnych czy subsydiowanie dzieł, które słabo się sprzedają). Nie ma ona jednak prawa do orzekania, co jest, a co nie jest „prawdziwą” kulturą. Niewątpliwie straciła ona sporo ze swego dawnego autorytetu. Obecnie nawet wysokie wykształcenie przestało oznaczać wejście w krąg kultury wysokiej. Odnosi się wrażenie, że ludzie wreszcie wybierają sami i wybierają naprawdę. Ważne jest to, co się podoba człowiekowi, z czym się dobrze czuje, aniżeli elitarna kultura przez wielkie „k”, w której uczestnictwo jest wymuszone pewną określoną presją i tym samym od nieprzygotowanego czytelnika wymaga większego wysiłku, a często zniechęca do literatury w ogóle. Nie chcę uprawiać tutaj żadnej demagogii, ale jestem zdania, że popularna bywa nie tylko ewidentna tandeta, elitaryzm zaś nie stanowi żadnej gwarancji poziomu. Nie każdy sięgnie od razu po dzieła Byrona, jednak rozpoczynając swoją wędrówkę pośród literackiego gąszczu, czytelnik stopniowo rozsmakowuje się w literaturze. Wówczas przychodzi taki moment, gdy nie wystarcza mu już treść łatwa, płytka i zaczyna poszukiwać bardziej skomplikowanych konstrukcji i głębszych treści. To literatura jest dla człowieka, nie człowiek dla literatury. Właśnie o tym powinniśmy pamiętać, podchodząc do regału z książkami.



Anna Urbaniak
WiMBP im. C. Norwida w Zielonej Górze


[1] U. Eco, Drugie zapiski na pudełku od zapałek, Poznań 1994, s. 26-27.
[2] Arystoteles, Zachęta do filozofii, Warszawa 1988, fragm. 6.
[3] U. K. Le Guin, Czarnoksiężnik z Archipelagu, Warszawa 1968, s. 79.
[4] D. Strinati, Wprowadzenie do kultury popularnej, Poznań 1998, s. 20, 42.
[5] J. Szacki, Czterdzieści parę lat później, [w:] Kultura masowa, wyb. i oprac. Cz. Miłosz, Kraków 2002, s. 8.