Artefakty bibliofila - książki o książkach

Nie jest moim zamiarem pisać recenzji ani streszczenia tej konkretnej lektury, jednak to właśnie ona musi być filarem tego artykułu. Głównie dlatego, że nikt tak nie potrafi pisać o książkach jak Fadiman. Zbiór esejów napisanych przez dziennikarkę to nic innego jak obraz jej czytelniczego świata. Świata bardzo indywidualnego, osobistego i jakże otwartego dla nas – czytelników. Dlaczego właśnie książki o książkach? Tego bibliofilom tłumaczyć nie trzeba (sądzę, że to w większości oni będą odbiorcami owej treści). Dla wszystkich, którzy jednak mimo ogólnego niezrozumienia nadal wytrwale czytają, spróbuję objaśnić jak najprościej. Książki o książkach to zwyczajnie (a raczej nadzwyczajnie) dla bibliofila rarytas rzędu najwyższego. Chińskie przysłowie mówi, że „Książka to ogród, który możemy włożyć do kieszeni”, książka o książce będzie tutaj odpowiednio nieskończonym labiryntem ekstatycznych pląsów. Dla porównania, jak to się mówi – „z zupełnie innej beczki”, będzie to Ferrari wśród samochodów czy diament wśród klejnotów. Dzieł literackich tego rodzaju jest wiele, dlatego skupię się tylko na tych, które po przeczytaniu ostatniej strony wydały mi się za krótkie.
Książka to w ogóle dobry temat na książkę, bo ważkich kwestii z nią związanych jest całe mnóstwo. Chociażby odwieczny spór między czytającymi horyzontalnie i wertykalnie oraz rodzajami miłości do książek i ich użytkowania. Anne Fadiman wyróżnia w Ex libris dwa rodzaje miłości do książek i nazywa je odpowiednio: miłością dworską i zmysłową. Któż z nas nie wie, że tak jak można kochać człowieka na wiele sposobów, tak istnieje więcej niż jeden sposób kochania książek? Zdaniem autorki, z miłością dworską mamy do czynienia wówczas, gdy fizyczna istota książki jest dla nas święta. Kochanek winien jej platoniczne uwielbienie i szlachetne, acz z góry skazane na klęskę, wysiłki zachowania jej po wsze czasy w stanie nieskazitelnej czystości, w jakiej opuściła księgarnię. Fadiman hołduje miłości zmysłowej (do jakiej ciągle i bezskutecznie próbuję się przekonać). Według jej reguł, święta jest sama treść książki, a służące jej papier, tkanina, klej, nici czy farba drukarska, stanowią zaledwie naczynie i wolno się z nimi obchodzić tak rozpustnie, jak dyktuje czytelnicza żądza lub pragmatyzm. Swobodne użytkowanie, zaginanie rogów, a nawet straszliwe bazgrolenie na marginesach, nie jest uznawane za świętokradztwo ani brak szacunku, lecz zażyłość. Wyznawca miłości dworskiej naturalnie uzna słowa pozostawione w książce, przez kogokolwiek innego niż autor, za najstraszliwszą zbrodnię i obelżywość. Jak słusznie dostrzegła autorka, styl dworskiego kochania książek nie znajduje zastosowania w przypadku posiadania małych dzieci. Jakże piękne są dla prawdziwego miłośnika czytania zabazgrane stronice i marginesy! Jakże ciekawa treść może kryć się niekiedy pomiędzy wierszami! Zaznaczenia, komentarze, dopiski – te bazgroły są w istocie odzwierciedleniem czyjejś osobowości! Ktoś, kto nie podziela entuzjazmu czytania w takiej formie, najczęściej nie uchyla w domu nawet żaluzji w obawie przed spłowieniem grzbietów opraw, a już prawie na pewno kupuje ulubione książki w podwójnym egzemplarzu, tak aby tylko jeden skazać na katusze przewracania stron. Różnica polega nie tylko na rodzaju miłości, lecz stosunku do książek w ogóle. Jedni traktują książki jako własność przechodnią, należącą do ludzkości, do kolejnych pokoleń. Inni wykorzystują je do rozmowy ze samym sobą (przez tzw. gryzmolenie).
Fadiman pisze o książkach i czytaniu w sposób szczególny. Obcowanie z jej esejami to wciągające zajęcie, które nie pozwoli czytelnikowi na obojętność czy dystans. Pomyśleć tylko, że Ex libris trafił do moich rąk zupełnie przypadkiem! Muszę przyznać, że nie byłoby pewnie tego tekstu, gdyby nie ta książka – to chyba właściwa rekomendacja. Wiem, że żaden bibliofil większej zachęty do tej lektury szukać nie będzie.
Pewnego dnia w pracy, szperając po regałach (to chyba ulubione zajęcie bibliotekarzy potrafi niekiedy zdyskwalifikować sam proces czytania), natknęłam się na Książki i ludzi. Rozmowy dziennikarki Barbary N. Łopieńskiej o domowych bibliotekach i nawykach czytelniczych intelektualistów, ludzi kultury i sztuki, dały mi wiele satysfakcji. Należę do grona osób, które nie mogą pogodzić się z brakiem prawdziwych i żarliwych dyskusji o książkach oraz faktem, iż stały się one dziś już tylko towarem, który przegrywa walkę z kulturą obrazkową. To, że są jeszcze osoby, które mają do książek stosunek żywy, intymny czy nawet szalony, napawa mnie wielką radością. Czytamy o tym, ile wydają na książki, czy księgozbiór jest utrzymany w idealnej harmonii i porządku, jak u prof. J. Tazbira, czy też książki walają się dosłownie wszędzie, od korytarza po łazienkę, tak jak te prof. M. Janion. Na pytanie, jak radzi sobie z kurzem, odpowiada: „A w ogóle sobie nie radzę. Miałam odkurzacz, ale oddałam” [2]. Co ciekawe (lecz nie takie znów zaskakujące) niewielu z nich chętnie pożycza swoje zbiory, a jeśli nawet, to śladem prof. J. Jedlickiego: „Chętnie, ale zapisuję, że pożyczyłem, i to tak, żeby ten, kto pożycza, wiedział, że zapisuję. Metoda jest na ogół skuteczna” [3]. Andrzej Osęka natomiast najchętniej wklejałby kartkę z napisem: „skradziono u Andrzeja Osęki”, wzorem niegdysiejszych napisów z żarówek w tramwajach MZK: „skradziono w MZK”. Tak więc nie ma dla jednych większej przyjemności niż pożyczanie książek, dla innych z kolei – gorszej przykrości. Dobrze mi było w mieszkaniach tych wszystkich „książkolubów” podglądać ich upodobania czytelnicze i metody pracy. Bardzo bliskie są mi słowa Marii Janion o „książkowej” sytuacji, gdy pewnego razu jechała pociągiem: „Potoczyłam wzrokiem po siedzących w przedziale i resztkami sił powstrzymałam się, żeby nie powiedzieć: proszę państwa, tu jest taki piękny fragment, ja go państwu przeczytam” [4]. Ileż to razy miałam podobną ochotę na podzielenie się własnym zachwytem nad jakimś tekstem.
Eseje, felietony i rozmowy nie mają sobie równych na płaszczyźnie książkowej i jest ich całe mnóstwo (Iwaszkiewicz, Oramus, Bayard, Eco). Obiecałam skupić się na kilku z nich, poza tym temat czytania nigdy się dla mnie nie kończy, więc narzucenie sobie ograniczeń ilościowych to konieczny zabieg.
Nie sposób zapomnieć, że książki bywają również wdzięcznymi bohaterami powieści. Na tym polu niepodzielnie prym wiedzie mój wielki autorytet – Umberto Eco. Któż z nas nie oderwał się na chwilę od rzeczywistości podczas lektury Imienia róży? Zaginiona księga Poetyki Arystotelesa determinuje wszystkie zachowania bohaterów, jest motorem napędzającym akcję, wytwarzając wokół niesamowitą aurę tajemnicy, niezwykłości. Te ostatnie przymioty są dla mnie największym sukcesem tej powieści, która na zawsze ukształtowała w mojej wyobraźni wzór średniowiecznej biblioteki. Myśląc o dawnych książnicach, widzę niesamowitą bibliotekę – labirynt z włoskiego opactwa benedyktynów. Każdy krok stawia się tu ostrożnie i z namaszczeniem, świadomie, że przenosi nas powoli do innego świata, niedostępnego dla zwykłych śmiertelników. To nie jest świat, do którego każdy może wejść swobodnie, mamy wrażenie, że nikt nie wraca stamtąd taki sam. Najpełniej wydaje się rozumieć te odczucia postać Wilhelma z Baskerville. Zawsze uważałam, że byłby najlepszym bibliotekarzem opactwa w dziejach. Może to wszystko zbyt egzaltowane, jednak w ślad za Tadeuszem Boyem-Żeleńskim powtarzam: „Biada literaturze, która nie budzi namiętności”.
Jakiś czas temu pojawiła się w rankingach pewna książka hiszpańskiego autora Carlosa Ruiza Zafóna Cień wiatru. Książki z rankingów zawsze budziły we mnie pewien dystans, jako te „najlepiej się sprzedające”. Nie znałam nawet w przybliżeniu jej treści, jednak po przeczytaniu kupiłam własny egzemplarz w płóciennej oprawie i zmusiłam całą rodzinę do jej przeczytania. Historia rozpoczyna się mglistym porankiem w Barcelonie 1945 roku. Tego dnia ojciec prowadzi 10-letniego Daniela do miejsca magicznego, cudownego i złowieszczego zarazem. Miejsca, w którym czas się zatrzymał – Cmentarza Zapomnianych Książek. Ta wizyta będzie miała wpływ na całe późniejsze życie bohatera, a być może także na życie niektórych z nas – czytelników. Zgodnie z rodzinną tradycją bohater musi wybrać jedną z książek, której stanie się strażnikiem, aby ocalić ją od zapomnienia. Jego wzrok pada właśnie na Cień wiatru nieznanego autora Juliana Caraxa. Daniel próbuje odnaleźć inne książki Caraxa, ale okazuje się, że niemal wszystkie zostały spalone. W tym momencie rozpoczyna się największa, najbardziej niebezpieczna, a zarazem najbardziej fascynująca przygoda jego życia. Od tej chwili rozpoczyna się także jedna z najbarwniejszych historii literackich ostatnich lat. Bez cienia przesady można bowiem powiedzieć, że Cień wiatru jest prawdziwym majstersztykiem gatunku, szczególnie dla koneserów literatury, ludzi rozmiłowanych w książkach. Zachwyci zwłaszcza wielbicieli książek o książkach. Na stałe miejsce w mojej pamięci zasłużyło zdanie: „Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie”. Czytając tę książkę, odnosiłam wrażenie (i nie tylko ja), że czytam ją nie tylko dla siebie, dziwne i niesamowite uczucie.
Jak już wspomniałam, intrygujących książek o książkach jest naprawdę sporo, dłuższą listę można znaleźć pod linkiem http://impressions.blox.pl/2009/03/Ksiazki-o-ksiazkach-tekstach-repertuarach-i.html oraz w książce A. Fadiman Exlibris. Wyznania czytelnika. Niezmiennie uważam, że do czytania potrzebna jest pewna wrażliwość, natomiast do czytania o czytaniu – niezbędna jest umiejętność obcowania z niezwykłością, której warto w sobie poszukać.
   
 Anna Urbaniak
WiMBP im. C. Norwida w Zielonej Górze
  
[1] A. Fadiman, Ex libris. Wyznania czytelnika, Izabelin 2004.
[2] Książki i ludzie, Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej, Warszawa 1998, s. 12.
[3] Tamże, s. 83.
[4] Tamże, s. 8.